|
-----BEGIN GEEK CODE BLOCK----- Version: 3.1 GCS/L/M/O d-(--) s+:->+: a34 C++ UL+++>++++$ P++>+++@ L+++(++++) E---- W++ N++(+++) o? K? w---@$ O? M-- V? PS---(+++) PE++ Y+ PGP+ t 5? X++ R>+ tv b++(+++) DI+ D++ G++>+++ e++ h--->---- r+++ y+++ ------END GEEK CODE BLOCK------ |
... i to nawet bardziej niż "klasyczni" piraci; zatem właśnie poszło moje pierwsze w życiu zgłoszenie DMCA.
Takie sobie pudełko stoi w #korpo serwerowni (i hałasuje nie gorzej niż reszta złomu razem wzięta); na razie póki HP nie chce nam ani udostępnić obrazów iso ani sprzedać płytek z HP-UX (mimo wykupionej licencji, granda), aby upewnić się że pudło na chodzie zainstalowałem tam debianka (Linux w-240 2.6.32-5-mckinley #1 SMP Thu Mar 22 22:21:08 UTC 2012 ia64 GNU/Linux)
Jest sobie boost (1.33.1), bierzemy czas z posix_time:microsec_clock, a program ANI RAZU nie wywołuje gettimeofday czy jakiegokolwiek podobnej funkcji. No to skąd bierze czas?!? Dla niedowiarków mam strace'a.
Zagadka w stylu: to nie powinno działać. W plikach konfiguracyjnych nie ma ustawionego routingu, router nie odpowiada na ICM Router Discovery, a mimo to routing (netstat -r) jest ustawiony. JAK? Gdzieś jeszcze domyślnie (oprócz /etc/defaultrouter) jest konfigurowane? in.rdisc odpytuje po DHCP? Ki czort?
Czy za niepodanie hasła właściwym organom idzie się już do paki? Czy może kolejny przeżytek prawny (podejrzany nie ma obowiązku dostarczania jakichkolwiek dowodów) został zlikwidowany aneskem do zbioru regulacji dotyczących handlu ziemniakami i pietruszką? Nie wiem, nie interesuję się, ale lepiej chyba się przygotować.
Jaki sens ma pytanie DNS o adres "."? Tak, roota, tej (niewidocznej i domyślnie pomijanej) kropki, która stoi za .com. lub .pl. - o ile jeszcze można pomyśleć, że ktoś (haker, admin, program monitorujący) coś kombinuje (chociaż nie atak DDoS, bo to tego bardziej się nadaje pytanie o NS), to skąd się takie coś wzięło w firmowej, odizolowanej sieci? Rezultatem poszukiwań po omacku wnioski są następujące: linux (RHEL 6) bez ustawionej nazwy domeny, jeśli mu dodatkowo pominąć opcję "search" w resolv.conf, uparcie pyta się DNS-a o tą nieszczęsną kropkę... Czy autorzy resolvera nie przewidzieli takiej sytuacji i dlatego głupieje, czy też jest to sensowne działanie w bezsensownej (o tyle, o ile) konfiguracji?
Tak się nazywa sieć, z której uzależniony od sieci nerd pisze obecnie te słowa. Hasła nie podam, ale to zwykłe WEP, więc kto bardzo potrzebuje, ten znajdzie ;) Połączyć się mogłem dopiero wczoraj późną nocą, wcześniej kombinowałem długo i podejrzewałem już, że poczciwej Biedronce padła karta wifi. Niepotrzebnie: okazuje się, że sieć składa się z dwóch AP, z których jeden obsługuje bg a drugi tylko b, i OBA działają na jednym kanale... Na ile się orientuję to zupełnie niweluje sens ich istnienia, i w polu zasięgu obu z nich, gdy oba generują ruch, konkurencja jest taka, że (nienajlepszy przyznaję) sprzęt Biedronki leży i kwiczy. No ale teraz przyzwoici wczasowicze śpią :) Jak spotkam gospodarza postaram się coś zaradzić, ale jak znam życie nie ma pojęcia jak uzyskać dostęp do AP-ów, bo całość ustawił stryjecznego brata siostrzeniec, co się zna... Ale nawet jeśli nici z moich planów, to sposób na codzienną notkę (A. stara się blogować systematycznie) jest: wystarczy 1) zaczekać na ciszę w eterze 2) ustawić lapka na stoliku pod ścianą przeciwległego budynku, skąd widać tylko jeden AP. I gra muzyka, pingi chodzą, lekki wiaterek wieje, chmurki rozgania, urlop uratowany.
Spotkanie poświęcone ustaleniu, co musimy wiedzieć i ile czasu spędzić, żeby odpowiedzieć na pytanie, ile czasu (i dlaczego rok, co najmniej rok, ta sprawa jest niuch, niuch) potrzebujemy, żeby wdrożyć zupełnie nową technologię do Produktu (BTW: lipcowa modelka z kalendarza Playboya w ramach walki z seksizmem w jednym z zespołów nosi papierową koszulkę z napisem "Product Sucks". Czerwcowa (albo majowa) miała "I :love: Product"). Przez połowę spotkania wyodrębniły się dwa podkręgi prowadzące symultaniczną kłótnię nad hipotetycznymi wariantami implementacji Technologii. W tym czasie siedziałem zupełnie obok się nie odzywając, bo
Tak o pewnych przenośnych dyskach wyraził się ktoś gdzieś na innym blogu (gdzie nie zalinkuję, żeby ludzi nie denerwować, a siebie zwłaszcza). Ja znam te dyski zewnętrzne, gdyż moja firma takich potrzebowała. Firma jak to w branży : 90% facetów. Dyski potrzebne "na wczoraj", a zabrakło czarnych, zabrakło srebrnych, zabrakło wszystkich kolorów: został różowy. Trudno się mówi: bierzemy, bo co to tam różowy: kolor jak każdy inny. Otóż niespodzianka: ten różowy nie jest jednolity, ma ornament, szlaczek: zgadnijcie, JAKI ;) Cóż: narychtowałem je współpracownikom i używają, ale pewnie żadna szanująca się feministka geekująca by takiego nie przyjęła.
W centrum: Linksys WAG120N. Ładny zewnętrznie (ale to szczegół nieistotny, bo kto go będzie podziwiał ukrytego na szafie lub wewnątrz), funkcjonalny wewnętrznie i praktycznie niezawodny. Na wybór producenta duży wpływ miała reklama, do czego akurat w tym przypadku przyznaje się chętnie. Roboczy standard N to nie jest koniecznie to co działa: karta w biedronce (MSI Wind U100) najspokojniej sobie go zignorowała, natomiast karta w babanie (minipecet na płycie Zotac typu "wszystko w jednym") miała chyba jeszcze bardziej roboczą wersję, bo gubiła połowę pakietów (po przełączeniu AP w tryb B+G się sytuacja uspokoiła). Takie zagęszczenie różnej elektroniki ma niestety swoje wady: chrobot dobywający się z głośników to odgłos megabajtów płynących przez powietrze z biedronki. Jedynym sprzętem na kablu jest w tej chwili poczciwy wizzard, którego wykorzystuję tylko do prowadzenia firmowej księgowości (LeftHand za Chiny nie daje się zainstalować pod Ubuntu) - ale i jego czekają zmiany, gdyż kartę ma jeszcze od czasów, kiedy do świata łączył się przez badziewiastego LiveBoxa.
Z biedronką jest tylko jeszcze jeden problem: są dni, kiedy kaprysi jak tylko może, raz nawiązane połączenie zrywa po kilku minutach, ponowne połączenie działa bez problemu itd. Tak mniej więcej działała podczas wakacji w Dziwnówku, ale wtedy wiadomo: jeden AP na cały ośrodek wczasowy, a teraz? Kiedy AP stoi w tym samym pokoju? Zacznę chyba się doszukiwać korelacji z wilgotnością powietrza, jonizacją atmosfery, zagęszczeniem kotów w mieszkaniu albo humorami A. ;)
A byłbym zapomniał: mamy rocznicę, którą ktoś kiedyś nazwał "drewnianą". Okolicznościowy prezent zrobił o dziwo bardzo dobre wrażenie.
Takie coś znalazłem szukając aplikacji do inwentaryzacji pod Linuksa. #drogijoggerze -- aby to nie jest strzelanie z armaty do wróbla? Wróbel ma około 50 ludzi załogi, a cały potrzebny do ich pracy pierdzielnik już ciężko ogarnąć w tabelce arkuszy kalkulacyjnych. Czy nie ograniczając się do Linuksa, można znaleźć coś fajnego, niekoniecznie darmowego? Istotne jest, żeby miało dużo możliwości kategoryzacji, dostęp dla wielu użytkowników... najlepsze jednak coś obsługiwanego przez przeglądarkę. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie -- proszę o komentarze! PS. I przepraszam za spamowanie prywatą Techbloga, może jednak temat okaże się interesujący.
Niestety, po kolejnym kombinowaniu (najpierw z nouveau, twierdzą że obsługują "dual card" a figa z makiem, chyba że jakaś bleeding-edge najnowsza wersja albo opcja kompilacji) i przeproszeniu się z NVidiowym blobem znowu wychodzi, że jedyną sensownie działającą konfiguracją dwumonitorowej NVS 280 + czegoś (w roli czegoś akurat TDFX: wolałbym Matrox, ale jego obsługą już się chyba nikt nie przejmuje) jest: TwinView na 2 monitorach i drugi screen na trzecim: Xinerama nie działa, bo nie i już. A co do Matroxów (chodzi o Millenium II na PCI i G200 na AGP) to ściągłem sobie stare X11R6 i pewnie będę ostro kombinował, żeby ruszyło obok tych wszystkich halów, dbusów i całego tego cyrku, którym Linux obrósł od czasów, kiedy był miły i prosty. Ciężkie jest życie miłośnika staroci...
Żaden we mnie XXIst century digital boy... bo czasem mnie nachodzi rodzaj lęku pomieszanego z podziwem wobec nieskończonej ("świętej"?) cierpliwości maszyn cyfrowych. Użytkownik naciska pauzę... i moc teraflopsów się zatrzymuje posłusznie czekając na komendę wznowienia. I będzie tak czekać i czekać i czekać... póki starczy prądu, a jeśli się zahibernuje to póki go rdza nie zeżre. Co może trwać długo; wśród informatyków krążą legendy na ten temat. O wczesnych systemach typu mainframe, gdzie podczas przeglądu znaleziono program o niskim priorytecie, który czekał na przydział zasobów: dwa lata (źle zaprojektowany scheduler) -- od razu przed oczami staje "Tron" i bezwzględny Centralny Program Sterujący ciemiężący biedne programy... Albo o serwerze który tak dobrze i bezawaryjnie pracował, że dopiero po jakimś czasie się zorientowano, że został... zamurowany -- niczym golem zapomniany przez stwórcę, wciąż i wciąż wykonujący ostatni rozkaz. Sam się trochę czuję jak czarownik, który więzi dżiny w butelkach; tylko tli mi się iskra niepewności, bo z "Opowieści z tysiąca i jednej nocy" pamiętam co po tysiącletnim więzieniu taki dżin postanawiał zrobić z kimś, kto go uwolni...
Email od japońskich adminów: "mieliśmy trzęsienie ziemii, ale brak bezpośrednich uszkodzeń, systemy funkcjonują normalnie".
Skubańcy postawili na opak. Zwykle jest tak, że narzędzia typu CLI są za free, a za klikalne GIU się dopłaca. Wiedzą, skubańcy, co tygrysy lubią najbardziej :) Cyt:
Zapomniałem już dawno jak upierdliwa jest instalacja... Najpierw upierdliwy instalator, potem upierdliwe sterowniki, potem uauktualnienia, service packi i sracki, potem instalacja wszystkiego co potrzeba, bo przecież na gołym systemie nie ma NIC, i restart za restartem restartem pogania... w międzyczasie postawiłem RH6, a tu końca nie widać. Na kanapkach od samego rana, bo nawet odgrzać obiadu nie ma kiedy... a jak już jest kiedy to się nie opłaca, bo jak wrócę to więcej kopytek wejdzie :D Wracam zaordynować Windowsowi ściągnięcie uaktualnień do uaktualnień, które będę uaktualniał z kolei w poniedziałek... Logging off.
Z sieni do salonu połączenie wifi dodalda w trybie adhoc gubi pakiety; Może zarządzane będzie skuteczniejsze, ale chyba lepiej się nastawić na dwie stacje połączone kablem, żeby mieć bezproblemowy dostęp z garażu i ogrodu. CDMA od Orange chodzi stabilnie, raz połączone nie wywala się całymi dniami tylko szybkość hmm... A. by chciała zaoszczędzić na abonamencie stacjonarnym, mi by jednak solidniejszy transfer się przydał. Lokalizacja anteny ma chyba spore znaczenie: przesunięcie o 1 metr zmieniło cieknące ciurkiem 10kbps na impulsowe 70kbps z półsekundowymi przerwami... porządny router lub jakiś stary pecet w dobrej lokalizacji (może na strychy z antentką wysuniętą przez dach?) może poprawić sytuację.
Te tagi blipowe to dla ludków, którzy będą próbowali wyguglać potrzebne informacje. Ja nie mogłem, wiec wpadłem początkowo w melancholię, myśląc o czekającej mnie przeprawie przez BOK Orange'a, z dociekaniem która wersja Windows to Ubuntu włącznie. Mile się zaskoczyłem. Łącząc rozmowy z trzema różnymi konsulantami i odsiewając nieporozumienia wynikające z niedosłyszenia (GSM ma u nas słaby zasięg, bo przecież Otulina Parku Krajobrazowego, maszt VERBOTEN) i zwroty grzecznościowe, konwersacja się przedstawiała następująco:
A.J: Mam Linuksa, Ubuntu i chciałbym skonfigurować internet Business Anywhere, jakie mam podać dane połączenia?
BOK: dla UMTS: numer *99#, użytkownik: internet, hasło: internet, dla CDMA: numer #777, użytkownik cdma@orange, hasło: orange
A.J: No dobra, wpisałem jak należy, ale teraz widzę, że serwer domaga się ode mnie hasła przez CHAP dla użytkownika PDNS...
BOK: A nie, DNS to trzeba ustawić na automatycznie.
A.J: Nie o to chodzi; serwer ode mnie chce autoryzacji przez CHAP...
BOK: Autoryzacja jest tylko przez PAP
A.J: Aha, czyli serwer niby chce, ale nie potrafi, to przestawię na PAP
No i po wyłączeniu CHAP zadziałało. Po cholerę zresztą jakakolwiek autoryzacja, jak hasła są dla picu, bo liczy się tylko karta SIM? Dobrze że chociaż na metody kompresji PPP tak nie wybrzydzał, tylko grzecznie odmówił, jak RFC przykazało. Ale mniejsza o pokrętne ustawienia (podałem dokładne dane, bo z BOK-iem konwersuje się przyjemnie, ale ta przyjemność kosztuje, więc może ktoś zaoszczędzi) -- zastanawia mnie skąd taki wzrost technicznej świadomości w obsłudze klienta, że nie panikuje na hasło Linux, a nawet sprawia wrażenie, że wie o czym się do niej mówi? Może użytkownicy Linuksa są już dość liczną grupą odwiedzającą BOK, że powiedzmy 75% telefonujących trzeba tłumaczyć, jak kliknąć myszką na ikonkę, bo podsunięty pod nos program to jeszcze za trudno, a temu 25% trzeba podawać te dane, chociaż jedna mała stronka w instrukcji by wystarczyła :)
Developer1: "Gdzie tu jest jakiś normalny edytor?!?" Developer2: "Cooo??? Nie ma vima"? D1 + Admin1 równolegle rozgryzają instalację dodatkowych pakietów, D1 był pierwszy "Zainstalowałem joe!" D2: "Ja chcę vima, pliiiiiz". A1: "To dorzucćie mi jeszcze MC!". No to uff, teraz jakoś przeżyjemy.
Na Solarisie (SunOS client1 5.10 Generic_142909-17 sun4u sparc SUNW,Sun-Fire-480R) znalazłem prawdziwą, starą Mozillę (Mozilla/5.0 (X11; U; SunOS sun4u; PL; rv:1.7) Gecko/20090623) -- normalnie aż się wzruszyłem.
Od czasu do czasu dopada mnie mania zbierania czegoś. Najdziwniejsze co zbierałem, to były bilety: autobusowe, kolejowe (najczęściej wyciągane ze śmieci, ale jak kupowałem miesięczne, to żadnego nie wyrzucałem). Teraz w związku z nowym hyziem na punkcie yerba mate zaplanowałem zbieranie opakowań, a konkretnie samych etykiet: ich kiczowata estetyka ma w sobie coś niezmiernie pociągającego. Niestety, połowę kolekcji bezceremonialnie zlikwidowała mi sprzątaczka w firmie, dla której puste opakowanie to po prostu śmieć a nie zaczątek zbioru ;) Gablotka z etykietami yerby na ścianie kuchni to mój jedyny jak na razie autorski wkład w pomysły na urządzenie mieszkania. Sam się sobie dziwię, że nie rozrysowałem, nie powierciłem i nie rozprowadziłem sieci: jakoś nie mam na to pomysłu, mam nadzieję, że kable puści się po strychu a sprawę załatwią pochowane w zakamarkach routery bezprzewodowe, albo i jeden jeśli będzie dobry. Na centralny serwer backupu/mediów w garażu (lub piwniczce; nie wiem czy gorszy mróz czy wilgoć...) przyjdzie czas później ;>
Dochodzę do wniosku, że prawdopodobnie najlepszą firmą w Polsce jest ta, dla której pracuję już od półtora roku. Na tyle duża, żeby stosować sensowne metody zarządzania (scrum) i kontroli jakości (peer review), a na tyle mała, że obywa się bez piętrowej struktury kierownictwa i dilbertozy. Teraz jasno widzę: pracując w małym zespole lub samodzielnie, walcząc o dostarczenie kodu na czas bez oglądania się na jego jakość, żeby potem walczyć z piętrzącymi się bugami słowem: to czym zajmowałem się przez ostatnie lata studiów i kilka lat po -- to było żałosne partaczenie. Prawdziwe terminowanie w rzemiośle dumnie zwanym "inżynieria oprogramowania" to dopiero te niecałe dwa lata.
Oczywiście trafiwszy do tak zajefajnego miejsca zamierzam tutaj zostać, aż produkt nad którym pracujemy zawojuje USA a potem i Europę i będziemy ustawieni do końca życia. Gdyby się jednak tak złożyło, że bym się starał o robotę gdzie indziej, to (o ile kryzys by nie posunął się tak, żeby nie można było wybrzydzać) nie będę już chciał pracować nigdzie, gdzie nie ma: peer review do nieomal wszystkiego, automatycznych testów z mierzeniem pokrycia kodu, scrum albo innego agile'owego systemu organizacji pracy -- no chyba, że sam bym miał to wszystko niezwłocznie wdrażać.
Tak to się do dobrego człowiek szybko przyzwyczaja :)
Grozi popsutymi nerwami i kłótnią małżeńską... Trzeba wymyślić jakiś sandbox i metodę na bezpieczny update z rollbackiem :)
Objawy: po włączeniu prawego kierunkowskazu i wciśnięciu hamulca, samochód mruga prawym... światłem stopu, nieregularnie, średnio dwa razy szybciej
Niestety: nie ja, lecz kabelek do laptopa; kolega z pracy zabrał zamiast właściwego. Pomyłka była trudno wykrywalna, bo mój kabelek pasował do obu komputerów (w tym drugim miał za luźno). W drugą stronę to oczywiście nie działało... Dlatego zainstalowanie Ubuntu na biedronce (tak się nazywa nasz MSI Wind U100) opóźniło się o tydzień i zaczęło dopiero teraz.
Kolejna prośba do zbiorowej mądrości Joggera - biedzę się właśnie nad zbudowaniem dystrybucji typu "live" przeznaczonej do instalacji na przenośnym dysku twardym: priorytetem jest samodzielne wykrywanie sieci i grafiki, a dalej to już z górki. Wszystkie gotowe live-dystrybucje jakie do tej pory wypróbowywałem, mają taką wadę że na twardzielu się instalują już jako nie-live, albo traktują inne nośniki tak samo jak DVD, czyli sadowią się niewygodnie na squashfs/unionfs, zamiast po prostu użyć normalnego filesystemu... Aha: dobrze by było całość zaszyfrować, ale to już mam przećwiczone. Może z tym tureckim kotkiem się uda?
(Co wymyślił system uprawnień w mysql-u)
Spętamy go za jajca jego
Będziem nim kręcić, aż się porzyga
Uch! Uch!
I już się nam nie wymiga!
Trochę musiałem powalczyć z LHMK i ich "intuicyjnym" interfejsem, ale wreszcie moja firma wystawiła pierwszą fakturę :) I to jeszcze w pierwszym miesiącu działalności, i to bez sztuczek z przekręcaniem zegara! Wygląda topornie, ale co tam -- ważne żeby należność i VAT się zgadzały. Książka przychodów i rozchodów na czerwiec liczy sobie (razem z tą fakturą) raptem 3 pozycje i raczej nie przewiduję, żeby trzeba było rozliczać więcej, bo chociaż teraz prawie wszystko co geek chciałby kupić kusi ceną netto, to trzeba się hamować... ale może ma ktoś pomysł, jak przed US uzasadnić kupno piaskownicy i piasku na firmę? ;)