|
-----BEGIN GEEK CODE BLOCK----- Version: 3.1 GCS/L/M/O d-(--) s+:->+: a34 C++ UL+++>++++$ P++>+++@ L+++(++++) E---- W++ N++(+++) o? K? w---@$ O? M-- V? PS---(+++) PE++ Y+ PGP+ t 5? X++ R>+ tv b++(+++) DI+ D++ G++>+++ e++ h--->---- r+++ y+++ ------END GEEK CODE BLOCK------ |
Idźcie na Avengers; kupa niezłej rozrywki. Do kroniki: mój pierwszy film obejrzany w 3D (bo nie było innego seansu). Wrażenia: może być, chociaż mam wrażenie że w 2D łatwiej jest się skupiać na tym planie, który wskazał reżyser; 3D zachęca do błądzenia wzrokiem, co okazuje się niemożliwe (bo tylko niektóre plany są ostre) i zanim nauczyłem się opierać tej pokusie musiało minąć trochę nerwowych ruchów gałek ocznych. A na technologię dającą pełną swobodę trzeba będzie chyba jeszcze trochę poczekać.
Czy ktoś mógłby mi napisać w komentarzu, jak się skończyła historia z mięsnym jeżem? Czy pani od sałatek zaakceptowała inną dietę, czy też może zrobiła konkurencyjnego jeża warzywnego w rewanżu? Wiem, mogę wyguglać i obejrzeć, ale ja zbyt wrażliwy jestem. Z podobnego gatunku telewizyjnego obejrzałem kiedyś tylko jeden odcinek "Trudnych spraw" w całości i to było przeżycie wstrząsające; wolę jednak historie spokojniejsze, ostatnio np. oglądałem "American haunting" a wczoraj do poduszki połowę "Silent Hill". "Pamietniki z wakacji" to dla mnie zbyt wielka dawka emocji, więc wybaczcie, ale jednak wolę dowiedzieć się z drugiej ręki :)
... i to nawet bardziej niż "klasyczni" piraci; zatem właśnie poszło moje pierwsze w życiu zgłoszenie DMCA.
Takie sobie pudełko stoi w #korpo serwerowni (i hałasuje nie gorzej niż reszta złomu razem wzięta); na razie póki HP nie chce nam ani udostępnić obrazów iso ani sprzedać płytek z HP-UX (mimo wykupionej licencji, granda), aby upewnić się że pudło na chodzie zainstalowałem tam debianka (Linux w-240 2.6.32-5-mckinley #1 SMP Thu Mar 22 22:21:08 UTC 2012 ia64 GNU/Linux)
TL;DR: kolejna tyrada na polskich kierowców
Motto: Kierującemu pojazdem zabrania się: 1) wyprzedzania pojazdu na przejściu dla pieszych i bezpośrednio przed nim, z wyjątkiem przejścia, na którym ruch jest kierowany,
2) omijania pojazdu, który jechał w tym samym kierunku, lecz zatrzymał się w celu ustąpienia pierwszeństwa pieszemu (Ustawa z dnia 20 czerwca 1997 r. Prawo o ruchu drogowym)
Miejsce akcji: ulica Puławska (dla niezorientowanych: trzypasmowa trasa z Warszawy do Piaseczna), przejście dla pieszych bez sygnalizacji świetlnej. Ilekroć tamtędy wracam, zawsze powtarzam w duchu: "oby tam nie było pieszego", bo ile razy się nie zatrzymam, aby umożliwić przejście, to zawsze ale to ZAWSZE po mojej lewej stronie śmignie mi jakiś pacan (ostatnio tuż przed nosem Bogu ducha winnego faceta). Tylko raz stała się sprawiedliwość, bo na wysepce dla autobusu nieopodal akurat stał radiowóz i kogoś kontrolował, a policjant widział akcję. Mówię wam: szybkość z jaką wyciągał lizak i zatrzymał delikwenta przywołuje na myśl jedynie westerny o rewolwerowcach. Bez 500 zł i 4 punktów pewnie go nie wypuścił; jak się wam kiedyś (mam nadzieję: mimowolnie i przy wyjątkowymm zaćmieniu umysłu, no i bez ofiar) taka przygoda zdarzy, to nie liczcie na żadne tam upomnienia. Nawet jeśli ten akurat policjant nigdy nie był wzywany na miejsce wypadku z udziałem pieszego, to był jego kolega lub koleżanka z komisariatu, więc doskonale wie, czym się to kończy.
Na podobnych przejściach muszę się ciągle bić z myślami i rozważać, czy uprzejmie pozwolić pieszemu przejść, czy nieuprzejmie (acz niestety, zwykle zgodnie z przepisami, bo pierwszeństwo ma pieszy na pasach, a nie przed nimi) jechać dalej i niech se wypatruje szczeliny w rzece pojazdów przez kolejne kilka minut, ale niech potem przechodzi bezpieczniej, nie narażony na kolesi czy kolesiówy, którym w głowie tylko to, że mają przed sobą wolny pas i mogą się wreszcie rozpędzić, a nie zastanowią się po co ten czarny Seat na pasie obok się zatrzymał...
Cóż poradzić: wersja Customer Preview ósmego Windows nie tylko zadaje kłam twierdzeniu, że co druga wersja to krap; ale na dodatek: uruchamia się równie szybko (jeśli nie szybciej) niż Ubuntu na wcale nie najszybszym U100, a usypia i budzi się bez denerwujących bugów. Niech no tylko jeszcze wyjdą sterowniki do starszych wersji intelowskich chipsetów graficznych i W8 stanie się ciekawą propozycją... o ile tylko cena nie okaże się zbyt wysoka jak na bootstrap do Firefoxa :)
Babcia wzięła potomstwo na przechowanie (a raczej: potomstwo wymusiło, że chce spać u babci), więc wolny wieczór, a w kinach posucha straszna... No bo "Gniew Tytanów" albo "Ghost Rider 2" się chyba na pierwsze od nie wiadomo kiedy wspólne wyjście nie nadają? Ani tym bardziej maraton europejskiego kina grozy... Albo po prostu zbyt małą zawartość nerda w nerdzie mam? Jest jedna sensowna propozycja, ale jeszcze nie wiem, co A. na to powie. Na szczęście opcja "wieczór przy świecach" zawsze aktualna a "Cinema Torrent" dostarcza wszystkiego co dusza zapragnie ;>
Blog obchodzi Dzień Wiedzy o Autuzmie razem Fundacją Synapsis. Zachęcam do przyłączenia się!
W drodze do przedszkola tak nam przerwał młody rozmowę o kredycie 0% na zakup lustrzanki, gdyż jedyne 0% jakie on zna to te na odtłuszczonym mleku, którym A. się dietuje (nawet napił się troszkę i powiedział że już się czuje trochę chudszy). Zna jeszcze 0 km/h z AutoMapy (której uparcie się domaga przy każdej przejażdżce i złości się, kiedy długo szuka "kosmitów", aż trzeba włączyć podląd GPS i wtedy czeka w napięciu aż pojawią się zielone paski). Generalnie; liczby przeważnie pojawiają się u niego z jednostkami (np. pięć samochodów). Pyta się np:
S: A co to pięć i zero?
T: Pięćdziesiąt
S: Kilometrów na godzinę?
T: no niekoniecznie, jak ktoś jest stary to może mięć pięćdziesiąt lat, można mieć pięćdziesiąt złotych w portfelu...
S: (coś tam trybi albo nie) A pobawimy się w... (coś zupełnie innego)?
Załapanie abstrakcyjnej idei jaką jest np. "pięćdziesiąt" to chyba jeszcze nie ten etap.
Potwierdziło się, że jednak jestem wnukiem murarza i stolarza, synem (i bratem) mechanika ("jednak coś zostaje w genach, heeeeej o hej!"), a przede wszystkim Polakiem, co to zawsze ze szwagrem, po pijaku albo na kacu, panie nie takie rzeczy. W młodości jakoś mnie do majstrowania nie ciągnęło, mimo oglądania programu Adama Słodowego, bo jak coś próbowałem to kurna, nie wychodziło jak powinno. No dobra, latawce sobie budowałem i nawet latały, ale tylko płaskie, bo skrzynkowy został w fazie prototypu (za wąskie były listewki, a innych nie było). Bardziej ciągnęło brata: to właśnie on wykombinował, że jak się wejdzie za szafę, zdejmie tylną ściankę od radia Unitra Diora i czymś pomajstruje, to radio zaczyna warczeć i fajne iskry lecą. Potem to już stopniowy odwrót od prac ręcznych (składanie komputerów to się w zasadzie nie liczy...); a teraz: a to kran dokręcić, a to gniazdko wstawić... A ostatnio, jak się porównało koszt naprawy telefonu z ceną popsutej części, to od razu się piłeczka od głowy odbija coraz szybciej, a potem zapala żarówka nad głową. Naprawa jednak się przeciąąąąągnęęęęła, koszty potroiły (bo odpowiednie wkręty są drogie), a potem się okazało (podczas długiego posiedzenia ciemną nocą), że owszem: panel dotykowy naprawiony, ale popsute dwa przycikski, w tym jeden wciąż zachowuje się jak wciśńięty i nie pozwala skalibrować telefonu, przez co obsługa odbywa się na wyczucie... Ale to nic: części zamienne już zamówione i specjalny wichajsterek do wygodnego otwierania (bo nożyk rysuje plastik) również :)
Ukazała się już jakiś czas temu pierwsza próbka JADE czyli ADOM II: gry, na którą rogalikowcy czekają chyba już dłużej niż na Duke Nukem Forever. Pykam od kilku dni i swoimi ulubionymi trolami już coraz dłużej przeżywam. Kilka wrażeń na gorąco:
Jak tylko wydzwaniają proponując DSL, to natychmiast zaczyna szwankować neostrada. Cysby psipadek? Czujnością obywatelkską wykazałą się A.
Skład kierownictwa Ministerstwa Sportu i Turystyki jest bardzo parytetowy; oprócz pani ministry w jego skład wchodzą panie: podsekretarka stanu Katarzyna Sobierajska i dyrektorka generalna Monika Rolnik, czyli proporcje 1/1 (bo jest jeszcze jeden sekretarz i dwóch podsekretarzy). Szkoda tylko, że odpowiedni(a) pracowni(k|czka) dotychczas nie otrzymał(a) lub nie wykonał(a) polecenia służbowego co do zmiany treści BIP-a; polska Wikipedia również obskurancko i konserwatywne pozostaje przy niewłaściwej formie, na dodatek pewien wikipedysta lekceważąco podchodzi do ogłoszonych przez panią ministrę zmian, określając je jako (cyt.) "głupoty" i "wygłupy". Co za kraj, co za ludzie...
Niedawno zacząłem oglądać. Po raz pierwszy. Zazdrośccie!
Przez nasze koty zmieniła mi się skala; wszystkie inne wydają mi się małe i jakieś takie łyse, nawet porządnie głasnąć nie można, bo ledwo się zaczynają, to już się kończą.
Firma zakupiła wypasiony ekspres do kawy; finansowanie możliwe chyba w tak nietypowych przedsiębiorstwach i polegało na dobrowolnej zrzutce wśród załogi, którą to szefostwo podwoiło i tak uzbierało się coś koło 4 tysiące. Ktoś to skomentował, że za tyle samochód kupił. Nie ma lepszej metody na rozpoczęcie dyskusji niż motoryzacja, więc jak już omówiono co, gdzie, jaki i za ile, w kwestii awaryjności stwierdzono: no tak, czasem się popsuje, najgorzej jak gdzieś po drodze; ale takie ryzyko można zamortyzować metodą typu "telefon do przyjaciela". Świetnie się też nadaje do zbywania agentów proponujących dodatkowe ubezpieczenia; na ich nagabywanie i straszenie możliwymi zdarzeniami losowymi, kolega konsekwentnie odpowiada, że "ja w takich sytuacjach polegam na rodzinie" i to zwykle kończy rozmowę. Tylko jednemu się nie spodobało tytułowe określenie... no ale jakie ktoś zaproponuje lepsze?
Z powodu antybiotyku synek sobie siedzi w domku. Przed chwilą dorwał nową zabawkę. Jak relacjonuje przez fejsbuk mama: "Maluje, umie dobrać kolor i zmienić go, włączyć gumkę, ołówek albo chlapnąć kubełkiem farby na całość. Woła mnie co chwila i pokazuje co mu wyszła, przed chwilą wyszedł mu mózg...". Prawie pięciolatek. I niech ktoś teraz spróbuje twierdzić, że GIMP jest trudny w obsłudze. Tylko nazwę ma trudną do zapamiętania.
Jest sobie boost (1.33.1), bierzemy czas z posix_time:microsec_clock, a program ANI RAZU nie wywołuje gettimeofday czy jakiegokolwiek podobnej funkcji. No to skąd bierze czas?!? Dla niedowiarków mam strace'a.
Ja chcę wznowienie, bo antykwariaty lekko przesadzają: za komplet musiałbym zapłacić 6 dyszek; iście pirackie ceny.
Dla tych, którzy nie znają: pirat Rabarbar to twardziel, przed którym drżałby Czarnobrody, a ten laluś Jack Sparrow uciekałby w popłochu. Kiedyś był uczciwym marynarzem, ale podczas rejsu z ładunkiem pieprzu, cynamony, wanilii i imbiru nie mógł już znieść ciągłego wiercenia w nosie i kichania i uciekł ze statku wpław. Płynął długo (na tyle, że w jego czuprynie pewna mewa złożyła jajka i wysiedziała potomstwo). Postanowił zostać piratem: kupił najdłuższy nóż i przerobił na maczetę, odpowiednio się wystroił, a w obowiązkowej opasce na oku wyciął dla wygody dziurę :) Kto nie zna, niech żałuje (zdaje się, że była również kreskówka, ale mogę konfabulować).
Zagadka w stylu: to nie powinno działać. W plikach konfiguracyjnych nie ma ustawionego routingu, router nie odpowiada na ICM Router Discovery, a mimo to routing (netstat -r) jest ustawiony. JAK? Gdzieś jeszcze domyślnie (oprócz /etc/defaultrouter) jest konfigurowane? in.rdisc odpytuje po DHCP? Ki czort?
Czy za niepodanie hasła właściwym organom idzie się już do paki? Czy może kolejny przeżytek prawny (podejrzany nie ma obowiązku dostarczania jakichkolwiek dowodów) został zlikwidowany aneskem do zbioru regulacji dotyczących handlu ziemniakami i pietruszką? Nie wiem, nie interesuję się, ale lepiej chyba się przygotować.
Po pierwsze: średnie i młode pokolenie lewicowych publicystów ma wysokie mniemanie o własnych możliwościach intelektualnych i cnotach moralnych. Ale niestety, ich wysoka samoocena niezbyt się potwierdza w konfrontacji z rzeczywistością. Sporo badań psychologicznych pokazuje, że zagrożony egotyzm jest często przyczyną wrogości i agresji, nawet takiej, która jest dość ryzykowna dla sprawcy. Atak lewicy na Rydzyka jest więc objawem jej wysokiej, ale niepewnej, niestabilnej samooceny.
Po drugie: wrogość wobec rywala jest tym większa, im bardziej ktoś wierzy, że dobra, o które walczy, są ograniczone, a rywalizacja jest grą o sumie zerowej: im więcej wygra mój rywal, tym więcej ja przegram. Żadnego dobra wspólnego nie ma. Jeśli tak, to każdy milion zebrany przez Rydzyka to milion zabrany opiekuńczemu państwu. Ale zwolennicy zero-jedynkowej wizji rywalizującego świata nie przyjmują do wiadomości tego, że rzeczywistość czasem znacząco odbiega od ich wyobrażeń.
Po trzecie: przynajmniej niektórzy krytycy Radia Maryja wierzą, że wspomaganie mediów Rydzyka musi wiązać się wyrzeczeniem, cierpieniem, "oddawaniem wdowiego grosza". Datki w ich rozumieniu muszą boleć. Przedsiębiorca, który codzienną pracą doszedł do sporych pieniędzy, cieszy się z tego i chce poprzeć Rydzykowe media - to się nie mieści w głowie polskiej lewicy. Ich wizja "mohera" to ktoś, który cierpi za miliony, z każdej strony jest osaczony przez wrogów, żyje w oblężonej twierdzy, nie może więc nikomu ufać, a "dziesięcinę" na radio płaci pod knutem.
Po czwarte: lewicowa mentalność nie akceptuje hasła "Alleluja i do przodu", nie wierzy w oddolne inicjatywy i obywatelskie ruchy, wierzy natomiast w centralne instytucje i kontrolę nad mediami. Mniej lub bardziej świadomie lewica nie ufa wyborom jednostki. Obawia się, że pozostawienie człowiekowi pełnej wolności wyboru tego, co robi, musi się źle skończyć. Stąd lewicowe postulaty ścisłej kontroli, ostrego karania za wypowiedzi pojawiające się na antenie. Tymczasem w kwestii społecznego zaangażowania jest tak, że sprawia ono więcej satysfakcji i daje lepsze efekty gdy jest spontaniczne.
Wrogość wobec Rydzyka i Radia Maryja nie jest więc jakimś incydentalnym wybrykiem. Jest wyrazem głęboko zakorzenionych charakterystyk psychologicznych lewicowości w ogóle, a polskiej lewicy w szczególności. Warto je rozumieć, by wiedzieć, co zrobią, gdy wreszcie lewicowcy zdobędą upragniony monopol medialny. Można bowiem wątpić, czy sukces wystarczy dla ukojenia ich wielkiego ego i modyfikacji wizji świata społecznego.
(Pseudopsychologiczną sraczkę intelektualną zamiast argumentów sponsorują dzisiaj prof. Krystyna Skarżyńska i Copypasta Wiki)
... bo święta jeszcze całkiem niedawno, a choinka wytrwale stoi, mimo że sypie kolkami na potęgę. Ciekawe, czy ktoś wcześniej zauważył, że Mikołaj daje łobuzom i łobuziarom rózgi, a grzecznym dzieciakom fajne prezenty i żadnej broni?!?. Dodać jedno do drugiego i wiadomo jak to się skończy! No chyba że ze świętością Mikołaja jest nie całkiem tak, jak się powszechnie uważa, to by tłumaczyło taką politykę.
... po czym z zapałem zabiera się do: kolorowania, pisania i innych ćwiczeń z książeczki, którą sam sobie znalazł. Domowe przedszkole?
Wiedząc, że Mikołaj zadba o dostawę klocków, samochodzików i słodyczy, zamówiliśmy dla synka książkę a właściwie księgę: baśnie braci Grimm. Wiedząc, że wydawcy mają czasem głupie pomysły zmieniania klasyki przewertowałem najpierw, ale uspokoiłem się widząc ilustrację z narzędziem kaźni zastosowanym wobec kilku wrednych bohaterów, którego opis do dzisiaj mnie przyprawia o gęsią skórkę, czyli: beczkę obitą do wewnątrz gwoździami, w której turlało się delikwenta aż nędznego ducha wyzionął (najczęściej sam odpowiednio podpuszczony sobie taką karę wyznaczał). Czyli wersja odpowiednia, bez uładzeń i przekręceń, w którzych pobrzmiewa chyba przekonanie, że na okrutnych baśniach wychowany został Hitler i jego drużyna, i stąd się wzięła skłonność do gazowania ludzi. Czytając "Czerwonego Kapturka" spotkałem jednak opór słuchacza w najmniej spodziewanym momencie: chodzi o zawartość koszyczka, czyli ciasto i wino. "Nie wino, syrop!" -- przypomniał sobie przedszkolną wersję synek. "Tu pisze, że wino". "Nie tato, syrop!" -- "Syrop to dla innej babci, bo ta lubiła wino" -- kluczem w tego typu dyskusjach jest zawsze tak się nie zgodzić, żeby wyglądało na zgodę. Dalej już gładko poszło wypchanie jednego wilka kamieniami po wyciągnięciu zeń Kapturka (ciężko mi się czytało, bo tłumacz mieszał rodzaj męski przy "Kapturku" a rodzaj żeński przy "dziewczynce", więc w locie musiałem zmieniać końcówki) i JEJ (nie *jego*, tłumoku!) babci, a potem utopienie drugiego wilka w korycie. Ale o turlaniu ludzi w beczkach to niech mądrala już sam sobie przeczyta, mnie nikt nie namówi!
Apokaliptyczna wizja: wyludniona Ziemia, stosunkowo nieliczna grupa emigrantów wegetuje w kosmosie, degenerując się od lenistwa, gdyż wszystkim zajmują się roboty. Same roboty zyskują coraz więcej ludzkich cech, w tym uczucia: dwoje z nich przewodząc grupie zbuntowanych automatów pomaga ludzkości wyrwać się z marazmu i tyranii centralnego komputera i powrócić na ojczystą planetę. Normalnie: Lem i Zajdel wymieszany z Dickiem polany sosem z Asimova, wszystkie znajome wątki w ciekawej kombinacji i nawet komputer-tyran mruga czerwonym okiem niczym HAL9000. Dlaczego zobaczyłem ten film dopiero kilka lat po premierze?! Ano, ktoś go reklamował jako przeznaczony DLA DZIECI. Phi. No dobra, to że para głównych bohaterów przez pół filmu ugania się za sobą i nawołuje jedno drugie robocimi głosikami ("W-a-a-a-ll-E! E-e-e-w-a-a! Wa-a-a-all-i-i-i-e?!? E-e-e-e-e-w-a-a-a? Wa-a-a-ll-E!!! E-a-e-eW-a-a-a-a!!!) trochę denerwuje infantylnością, ale zdecydowanie warto przeboleć. Polecam!
(...bo zwierciadło i soczewka to już oklepane optyczne metafory; trzeba wymyślić coś oryginalnego). Najczęściej chyba powtarzanym zaklęciem w czasach, kiedy święta spędzałem jeszcze na wsi było "czemu nie może być normalnie" albo ewentualnie "jak u ludzi". Ano nie mogło jak na co dzień jest jak jest, to żadne bajania o magii świąt nie pomogą. Przez lata tam tkwiąc myślałem, że OK, mnie pogięło na wielu płaszczyznach, ale przynajmniej brata oszczędziło, bo inny charakter, bo w kluczowym okresie znalazł oparcie z zewnątrz, tam gdzie mi się nie udało -- no ale się okazuje, że coś tu jest na rzeczy, chociaż oczywiście są inne, prostsze wyjaśnienia; i może tylko tu moja mania doszukiwania się wszędzie alternatyw i drugiego dna tylko się odzywa.
Ale poza tym święta były udane; Mikołaj był prawdziwy, z brodą, czapą, lagą i worem. Jedzenia było tyle i tak pysznego, że potem odpokutowałem to długim posiedzeniem w najmniej dogodnym momencie. Zdobyliśmy cenne doświadczenia dotyczące separacji kotów od choinki na przyszłe lata. No i ogólnie było merry, jolly, holly i WALL-E :)